niedziela, 3 listopada 2013

Halloweenowa niespodzianka


Halloweenowa niespodzianka
31 października 2013r.
Razem z Lou chcieliśmy spędzić Halloween w domu, oglądając horrory i zajadając popcorn, ale nasze plany legły w gruzach wraz z telefonem od Nialla. Blondyn zadzwonił do nas tydzień przed świętem i poinformował nas, że z Anette i Albertem zamierzają wpaść do nas. Louis ucieszył się na wieść, że maluch nas odwiedzi i zaczął organizować cały dzień: zaczynając od przystrojenia domu, przez kostiumy, aż do zbierania słodyczy. Oczywiście nie mógł zapomnieć o zaproszeniu wszystkich naszych znajomych! Bo przecież spokojne Halloween to żadne Halloween!
Właśnie przez to 31 października stałem w salonie w przebraniu kota i czekałem aż mój chłopak, przyjaciel, jego dziewczyna i jej brat przebiorą się w swoje kostiumy. A, zapomniałbym. Czekaliśmy także na Liama i Danielle oraz Zayna i Perrie, którzy mieli niebawem się pojawić. To aż śmieszne, że zgodziłem się na ta całą maskaradę! To znaczy, przebranie kota mi się podobało, tak samo jak myśl o słodyczach, ale nie zmieniało to faktu, że chciałem ten dzień spędzić z ukochanym.
Na dźwięk pukania do drzwi, ruszyłem żeby je otworzyć. Okazało się, że byli to Payne i jego dziewczyna. Oczywiście! Nie obeszło się bez dopasowanych strojów. Chłopak był przebrany za XVIII-wiecznego dżentelmena, a Dan za XVIII-wieczną damę. Właściwie wyglądali bardzo dobrze, a Liamowi bardzo pasowało to przebranie. Wydawał się czuć w nim swobodnie.
-Spóźniliśmy się?- zapytał przepuszczając Dani w drzwiach i zaraz za nią wchodząc do środka. Spojrzał na mnie, unosząc jedną brew ku górze. Jak on to robił?!
-Jak byś nie wiedział, że jesteście 10 minut przed czasem.- mruknąłem, po czym uśmiechnąłem się do nich. Nie mogłem być markotny przez cały wieczór! Dodatkowo, cieszyłem się, że ich widzę. To znaczy przyjaciela widziałem codziennie w szkole, ale ostatnimi czasy nie miałem czasu się z nim spotkać po lekcjach, więc to była idealna okazja. A za Payzer także się stęskniłem!
-To nie znaczy, że się nie spóźniliśmy! Może wszyscy już są?- odpowiedział unosząc swoją laskę (która była częścią jego kostiumu) i grożąc mi nią przed nosem.
-Spokojnie Liam.- Dani położyła mu rękę na ramieniu.- Przecież nigdzie się nie spóźniamy.- przypomniała mu z delikatnym uśmiechem. Wyglądała ślicznie! Kręcone włosy spięła w kok, suknia podkreślała jej talię, a jej kolor podkreślał kolor jej oczu.- Gdzie reszta Harry?- spojrzała na mnie wyczekująco. Nie bez powodu to właśnie ta dwójka dostała przydomki „mama” i „tata”.
-Anette i Niall przebierają się w sypialni, a Lou pomaga Alowi w założeniu stroju w pokoju gościnnym.- wyjaśniłem, prowadząc ich do salonu.- Możemy usiąść bo to jeszcze trochę potrwa.- zająłem miejsce na fotelu, natomiast urocza parka usiadła na kanapie. Wyglądali jak wyjęci z jakiegoś starego filmu. Zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim i niczym zarazem, śmialiśmy się trochę. Właśnie Danielle opowiadała mi jak Liam próbował zrobić spaghetti, kiedy pukanie rozległo się drugi raz. Przeprosiłem ich i poszedłem otworzyć gościom. Nie musiałem zastanawiać się kto przyszedł, bo tylko Zayna i Perrie brakowało. Otworzyłem drzwi i ujrzałem… Szalonego Kapelusznika i Alicję!
-Serio? Wy też macie dopasowane kostiumy?- zapytałem z niedowierzaniem. Miałem tylko nadzieję, że Nialler i Anette nie ubiorą się do pary.
-A ty i Tommo nie macie?- zapytał mulat z rozbawieniem, wchodząc za swoją dziewczyną do przedpokoju. Edwards wyglądała jak… doroślejsza wersja znanej wszystkim Alicji. Niebieska sukienka była dopasowana w pasie, z dekoltem (nie za dużym, ale na pewno większym niż u małej dziewczynki) i sięgała jej do połowy ud, do tego nadkola nówki w czarno białe, poziome, szerokie pasy. Wyglądała cudownie. Natomiast przebranie Malika było prawie identyczne do tego, które nosił Johny Deep, grając rolę Kapelusznika.
-Nie! Loueh chce być Piotrusiem Panem, miałbym przebrać się za jednego z Zagubionych Chłopców?- ruszyliśmy do salonu.
-Raczej za Wendy, albo Dzwoneczka.- zarechotał Muzułmanin. On i Pezz przywitali się z dwójką, która już była w pokoju i razem czekaliśmy na resztę. Nie obyło się bez żartów i zboczonych tekstów (których autorem był Zayn).
Po 20 minutach WRESZCIE pojawił się Tomlinson (w stroju Piotrusia Pana) z Albertem, który postanowił być psem. Wyglądał bardzo uroczo, natomiast szatyn wydawał się być zadowolony z tego, że pomógł chłopcu. Niebieskooki usiadł na podłokietniku fotela, który zajmowałem i posadził mi malca na kolanach.
-Słodko wyglądasz kotku.- pocałował mnie w policzek, co nie obeszło się bez: „Oooch” ze strony dziewczyn.- Gdzie Niall?
-Jeszcze nie dotarł.- odpowiedzieliśmy wszyscy chórem.
-Przyznajcie się! Ćwiczyliście to!- wykrzyknął Louis, na co, znów jednocześnie, odpowiedzieliśmy „Nie”.- Jasne.- wywrócił oczami.
-Gdzie Anette?- zapytał Albi, który niecierpliwił się najbardziej. Nikt mu się nie dziwił, w końcu chciał iść już zbierać słodycze.
-Tutaj mały.- usłyszeliśmy głos i spojrzeliśmy na dziewczynę wchodzącą do pomieszczenia. Była przebrana za cukierniczkę! Na głowie miała biały czepek, a w pasie przewiązała fartuszek. Chłopczyk podbiegł do niej.- Ślicznie wyglądasz!- wykrzyknęła, przytulając brata.- Dziękuję Lou.
-Możemy już iść?- zapytał niecierpliwie.
-Czekamy jeszcze na Nialla.- wyjaśniła Albertowi, biorąc go na ręce, ale ten zaczął się wyrywać, więc postawiła go na ziemi. Z naburmuszoną miną, po oświadczeniu, że jeszcze nie wychodzą usiadł na moich kolanach.
Zanim ktoś zdążył cokolwiek powiedzieć do salonu wszedł Irlandczyk. Chociaż powiedzenie „wszedł” jest względne, raczej powiedziałbym, że się wtoczył! Był przebrany za ogromną muffinkę, a na blond czuprynę założył „wisienkę”. Właściwie można by było powiedzieć, że wyglądał słodko.
-Idziemy na misję!- krzyknął kierując się do drzwi frontowych. Na jego słowa od razu zareagował Al., który podbiegł i wyskoczył na dwór. Na jego twarzyczce można było dostrzec ogromny uśmiech, na widok którego wszystkim poprawiły się humory i weseli wyszli na zewnątrz.
***
O 20:30, po dwóch i pół godzinach chodzenia od domu do domu wszyscy musieli nosić wypełnione po brzegi torby słodyczy. Nie była to zasługa jedynie Albiego! O nie! Niall pewni bardzo by chciał przyczynić się do tego zdobycia, ale jego wkład był marny. Okazało się, że nikt nie mógł oprzeć się przebraniu kota! Nawet nie usłyszałem, że jestem za stary na Halloween. Tylko Liam mówił, że „kradnę cukierki przeznaczone dla dzieci”. Ale Danielle wyjaśniła mu, że po prostu pomagam małemu. Za to kocham naszą mamusię!
-Albert, może chcesz wrócić do domu?- zapytała Anette, prowadząc za rękę brata. Niall prowadził do za drugą rękę. Dani i Payne pod rękę szli za nimi. Nasz Szalony Kapelusznik obejmował w pasie swoją Alicję. Natomiast ja szedłem trzymając Lou za rękę. Byliśmy na samym końcu naszej parady i słyszeliśmy tylko strzępy rozmów toczących się przed nami.
-Co powiesz na zarwanie nocki?- szepnąłem Louisowi do ucha, robiąc kółka kciukiem na jego dłoni. Dostrzegłem delikatny uśmiech, który pojawił się na jego ustach.
-Tylko jeśli będziesz grzecznym kotkiem.- odpowiedział zadziornie, na co z kolei ja się uśmiechnąłem.
-Hej, ile mamy torb ze słodyczami?- doszedł nas głos naszej irlandzkiej „babeczki”. Spojrzał na każdego z nas. Zayn podniósł trzy reklamówki (jedną niósł za swoją ukochaną, ach cóż za dżentelmen), Liam podniósł dwie (on również nie pozwolił Dani nosić worka), ja i Loueh podnieśliśmy po jednej, Niall trzymał dwie, a Anette jedną (ona z kolei niosła torbę swojego brata). Horan szybko je podliczył.- 10! To chyba rekord!- wykrzyknął uradowany i podskoczył, co wyglądało komicznie, biorąc pod uwagę jego przebranie.
-Wracamy?- zapytał z klaśnięciem w dłonie Malik. Wszyscy mu przytaknęli, więc zawróciliśmy.
-Co powiecie na ognisko?- zaproponowała nagle Perrie. Oczywiście kto był za? WSZYSCY! Jak moglibyśmy odmówić? Widujemy się tak rzadko, że nawet perspektywa spędzenia upojnego wieczoru z moim Boo nie zdołała odwieźć mnie od tego. Chociaż małe plany wobec niego nadal miałem. Po krótkiej naradzie na środku drogi (tak bardzo genialnie, na szczęście w miasteczku panuje zwyczaj, że tego dnia wieczorem nikt nie używa samochodów) stwierdziliśmy, że pójdziemy do mnie i Tommo (nadal mieszkaliśmy sami w domu mojego ojczyma) bo jest najbliżej, a Albert był już trochę zmęczony.
Po dotarciu na miejsce dziewczyny zajęły się przygotowaniem jakiegoś jedzenia, Li i Nialler zorganizowali palenisko (to znaczy Payne je ułożył, Irlandczyk jedynie chciał je podpalić), ja i Zayn porozwieszaliśmy świąteczne lampki na płocie i kilku krzewach (nie zdejmę ich do Bożego Narodzenia, mniej pracy na święta będzie) dla nastroju, Louis (jako, że tylko on miał prawo jazdy) pojechał po picie, Anette pomagała braciszkowi w segregowaniu słodkości.
Po 30 minutach ciężkiej pracy (nie myślcie, że przygotowanie czegoś takiego jest łatwe!) usiedliśmy wokół ogniska, okryci kocami na wielkich poduchach (już dawno zrezygnowaliśmy z drewnianych ławek, bo były nie wygodne, zamiast nich za każdym razem wyjmowaliśmy około 20 poduch, z czego na jednej spokojnie mogła ułożyć się jedna osoba). Nikt nie pomyślał, żeby przynieść ze sobą normalne ubrania (po za Anette, która przebrała jedynie Alberta), więc siedzieliśmy w kostiumach, rozmawiając i głośno się śmiejąc. Nie czułem się tak od wakacji, a muszę przyznać, że mi tego brakowało.
Mulat popijał piwo, tuląc do siebie, siedzącą mu na kolanach Edwards. Payne zdjął marynarkę od stroju i zarzucił ją na ramiona Dani. W pewnym momencie Niall zaczął grać na gitarze, na co wszyscy zaczęli śpiewać. Tuliłem do siebie, na wpół leżącego Lou. Czułem, że podoba mu się ta atmosfera.
-Hej Harry, a pamiętasz jak na początku wakacji Louis nawet nie chciał cię znać?- zaśmiał się Li, rzucając we mnie pianką.   
-To nie było TAK!- obruszył się Tomlinson, na co zareagowałem chichotem.
-A jak?- zapytałem spoglądając na niego z góry.
-Ja… ja po prostu… myślałem, że jesteś inny.- tłumaczył, jąkając się. Pochyliłem się nad nim i pocałowałem w czoło, to go trochę rozluźniło.
-Mi najbardziej zapadło w pamięć to,  jak Lou rzucił w Li trampkiem.- powiedziała rozbawiona Payzer.
-Przeprosiłem!- krzyknął cały czerwony na twarzy niebieskooki. Wiedziałem, że to dla niego krępujące, więc postanowiłem zmienić temat.
-A mi najbardziej się podobało, jak jebnąłem Aidena Pieprzonego Chuja Grimshawa wiosłem w głowę.- powiedziałem z zadowoleniem. Oczywiście moja wypowiedź nie obeszła się bez komentarza Dan, która powiedziała: „Język młody człowieku, bo inaczej będę musiała wymydlić ci buzię!”
-Och, mi się podobała stołówka.- wtrącił rozmarzony Horan. Mówił tak tylko dlatego, że kucharki go kochały i dostawał lepsze jedzenie od innych!
-A mi jak Hazz i Lou pieprzyli się w sypialni, a ja musiałem pilnować Willa.- dodał Zayn ze złowieszczym uśmiechem. Jego słowa sprawiły, że Tommo po raz kolejny poczerwieniał. Szkoda tylko, że Mulat nie wie, że tak naprawdę się nie pieprzyliśmy. To znaczy w pewnym sensie.
 -A mi zarwane nocki.- uśmiechnęła się Pezz, jak zawsze urocza.
-Czyli Malik nie dawał ci spać?- zapytał Irlandczyk (słodki głuptas). On i George (szkoda, że nie było go z nami) byli jak młodsi bracia, chociaż są starsi ode mnie. Zawsze ich „strzegliśmy” przed wszystkim.
-W pewnym sensie muffinko.-  odpowiedział mu Zayn.
-Ja najlepiej wspominam noc, kiedy zaśpiewałem Harremu piosenkę na moście.- powiedział nieśmiało Boo Bear. Uśmiechnąłem się słysząc to, bo ja też miło to wspominam. Było to po naszej pierwszej kłótni, kiedy nawet jeszcze nie byliśmy razem, ale to się nie liczy, wszystko było takie magiczne i właśnie wtedy pierwszy raz się całowaliśmy.
-Ja ci pomogłem się jej nauczyć!- uśmiechnął się dumny z siebie Niall.- Może ją zaśpiewasz? Bo w sumie nikt po za Haroldem jej nie słyszał.- dodał zachęcająco. Wszyscy poparli jego pomysł, więc Lou musiał ustąpić.
-Ale tylko fragment!- postawił warunek, siadając i sięgając po gitarę, którą podawał mu Horan.
Find me here, sapek to me (Znajdź mnie tutaj, mów do mnie)
I want to feel you, I need to hear you (Chcę cię czuć, potrzebuję cię słyszeć)
You are the light that’s leading me to the place (Jesteś światłem, które prowadzi mnie do miejsce)
Where I find peace again (Gdzie znów odnajdę ukojenie)
Tommo uśmiechnął się do mnie, a jego oczy błyszczały. Cieszę się, że go mam, że mnie kocha, a to wszystko przez co przeszliśmy tylko nas wzmocniło.
You are the strength that keeps me walking (Jesteś siłą, która sprawia, że wciąż idę)
You are the hope that keeps me trusting (Jesteś nadzieją, która sprawia, że wciąż ufam)
You are the life to my soul (Jesteś życiem dla mojej duszy)
You are my purpose (Jesteś moim celem)
You’re everything (Jesteś wszystkim)
To było niesamowite. Słyszeć, że Loueh znów śpiewa. Niedawno jeszcze nie chciał tego robić. Pamiętam jak Al. Prosił go, żeby zaśpiewał kołysankę, ale on nie chciał tego zrobić. Teraz było o wiele lepiej.
And how can I stand here with you (I jak mogę stać tutaj z tobą)
And not be moved by you (I nie byś poruszonym przez ciebie)
Would you tell me how could it be Any better than this (Czy mógłbyś powiedzieć mi czy istnieje coś lepszego niż to)
Tommo wydawał się ucieszony tym, że wszyscy słuchali go w ciszy. Nawet Albert nie przeszkadzał i siedział tuląc się do Dani (nasza mała przylepa).
Cause you’re all I want (Ponieważ jesteś wszystkim czego chcę)
You’re all I need (Jesteś wszystkim czego potrzebuję)
You’re everything… everything (Jesteś wszystkim… wszystkim)
You’re all I want
You’re all I need
You’re everything… everything
You’re all I want
You’re all I need
You’re everything… everything
You’re all I want
You’re all I need
Everything… everything
Delikatnie zakończył i odłożył gitarę. Dani zauważyła, że chłopczyk zasnął, więc zaproponowałem, żeby Liam zaniósł go do sypialni dla gości. Tak też zrobił, a my zaczęliśmy sprzątać. Jednak zanim Lou się ze mnie podniósł czule go pocałowałem, czując jak uśmiechnął się pod moimi ustami.
Sprzątanie zajęło mniej niż organizowanie wszystkiego (na szczęście). Po przeniesieniu się do domu postanowiliśmy jeszcze pooglądać horrory, a że była 23:30 stwierdziliśmy, że będzie to idealne zakończenie tego święta.
W telewizji właśnie leciał „Koszmar z ulicy Wiązów”, więc rozsiedliśmy się w salonie. Odsunęliśmy wszystkie fotele i kanapę pod ściany, rozrzuciliśmy na podłodze poduchy (które wcześniej mieliśmy na podwórzu) i się na nich położyliśmy. I jeśli moi przyjaciele mieli nadzieję, że ich dziewczyny będą się bały, to bardzo się rozczarowali. Ja miałem więcej szczęścia. Boo zawsze bał się strasznych filmów, więc cały czas się do mnie tulił. Można by powiedzieć, że Anette też miała szczęście. Niall tak się bał filmu, że bez przerwy się za nią chował, krzycząc: „On zabije ich wszystkich!”. Był tak zajęty, że nic nie zauważał.
W końcu Horan (pokonując strach) poszedł po kawę do kuchni. Po chwili wbiegł z powrotem do salonu i wrzeszcząc, skoczył na ziemię, chowając się pod kocem.
-Niall! Co się stało?- zapytała zaniepokojona Anette. Odkryła mu głowę, żebyśmy mogli go słyszeć. Wyglądał jakby zobaczył ducha!
-Szedłem do kuchni i jak przechodziłem koło drzwi na taras zobaczyłem kogoś!- tłumaczył, rozglądając się dookoła.- Ktoś jest w ogrodzie!- wykrzyknął.- To na pewno Freddie Kruger!- dodał drżącym głosem.- Zabije nas wszystkich!
-Niall…- zaczęła Danielle, ale Horan jej przerwał.
-Zginiemy wszyscy!- zaszlochał, naciągając na siebie koc.
-Niall!- Liam nim potrząsnął.- Słuchaj mnie!- zażądał.- Widziałeś Zayn!
-Nie! Przecież Zayn jest tutaj!
-Nie ma go tu.- odpowiedziała Perrie, zaskoczona wyznaniem Irlandczyka.
-Co?- zapytał zdezorientowany blondyn. Rozejrzał się jeszcze raz po pokoju.- A gdzie on do cholery jest?- teraz już całkiem spokojny, wyczekiwał na wyjaśnienia.
-Przecież pięć minut temu powiedział, że idzie na papierosa.- wytłumaczyła my blondynka, po czym wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Śmialiśmy się dopóki nie przyszedł Malik, a po wyjaśnieniu mu wszystkiego znów zaczęliśmy się śmiać.
-Ok, chyba trzeba się zbierać.- zakomenderował Payne, podnosząc się z podłogi. Było już sporo po północy, więc stwierdził, że należy wracać do domu. Ale mój kochany Tomlinson postanowił zmienić jego plany.
-Zostańcie tu!- powiedział z entuzjazmem.- Albert i tak śpi. Anette i Niall będą mogli zająć sypialnię z nim. Zayn i Perrie drugą dla gości. Ja i Hazza nasz pokój. Natomiast ty i Dani salon.- wytłumaczył, rozmieszczając gości po całym naszym domu.- Harry, przynieś pościel dla Liama i Danielle.- rozkazał mi, więc poczłapałem do schowka po kołdrę i dwie poduszki.
Rozłożyliśmy im łóżko, a następnie wszyscy udaliśmy się wszyscy do swoich pokoi. Nikt nie narzekał. Wręcz przeciwnie! Wszyscy cieszyli się, że nie muszą w nocy wracać do domów (szczególnie Perrie, która musiałaby prowadzić Zayna, który wypił kilka piw).
Kiedy znaleźliśmy się w sami z Lou, on udał się do naszej łazienki i wziął szybki prysznic. Po nim nadeszła moja kolej. To mnie trochę orzeźwiło, ale nadal byłem senny. Wszedłem do pokoju i w samych bokserkach położyłem się do łóżka. Czując ciepło ciała Louisa, przyciągnąłem go do siebie i przytuliłem. Westchnąłem, zamykając oczy.
-Harry, śpisz?- usłyszałem delikatny szept. Boo trzymał głowę na mojej klatce, więc nie widziałem jego twarzy, ale mogłem wyczuć, że się uśmiecha.
-Nie.- odpowiedziałem, podciągając go do góry. Oparł się rękoma na mojej piersi i spojrzał mi w oczy.- Chciałbyś coś?
-Wiesz, inaczej zaplanowałem ten wieczór.- zaczął cicho.- Ale może tak było lepiej?- jego oczy lśniły w świetle księżyca, wyglądał cudownie.
-Wiem o czym mówisz.- odparłem, wyciągnąłem głowę do przodu i złączyłem nasze usta.  Najpierw delikatnie, czule. Po chwili pocałunek zmienił się w bardziej namiętny, tęskny. Jakbyśmy nie widzieli się przez wieki. Lou zaczął bawić się moimi lokami, na co zamruczałem zadowolony.
Obróciłem nas tak, że Louis leżał pode mną, oparłem się łokciami o łóżko, żeby go nie zgnieść. Nachyliłem głowę i ponownie musnąłem ustami jego wargi, by po chwili przenieść pocałunki na jego szyję. Słyszałem jak Tommo westchnął, z przyjemności, po czym ziewnął zmęczony. Zaśmiałem się cicho. Podciągnąłem się do góry i spojrzałem w jego lazurowe oczy.
-Lepiej jak dokończymy to później.- stwierdziłem i cmoknąłem go w policzek.- A teraz idźmy spać.- dodałem kładąc się obok niego. Boo Bear wtulił się w mój bok i ponownie ziewnął.
-Dobranoc Hazz.- powiedział z zamkniętymi oczami.
-Dobranoc Boo.- odpowiedziałem, przykrywając nas szczelniej kołdrą.

Tak zakończyły się nasze pierwsze święta Hallooween, spędzone razem. A był to dopiero początek.

Harry

________________________________________
Tak! Oto pierwszy dodatek :) 
Wydaje mi się, że jest kiepski, ale jest...
Proszę o wyrozumiałość, pisałam go sam :) 
~Salomea

poniedziałek, 14 października 2013

Specjalna informacja od Salomei

SPECJALNA INFORMACJA OD SALOMEI J
Wszyscy pytacie dlaczego uśmierciłyśmy Zayna, Perrie, Lou i Harrego w epilogu, ale popatrzcie na to z tej perspektywy:
*wiecie, że byli starzy
*przeżyli ze sobą całe życie
*byli szczęśliwi
Każdy kiedyś umiera i tak, wiem, to trudne, ale czytałam opowiadania, w których Hazz, Lou lub inny bohater umierali MŁODO! (za młodo, jak dla mnie…:C)
TAK SIĘ NIE ROBI! (mówię to jako czytelniczka) nie uśmierca się młodych bohaterów!
Ale! U nas pojawią się dodatki. Wyrywki z ich życia. Momenty, dzięki którym ich życia były pełne szczęścia, miłości, radości i wielu innych uczuć J
Nie musicie się tak martwić.
W ZAMIAN ZA TO!
Mam dla was mały „konkursik”.
Nie wiem, czy wszyscy z was już się dowiedzieli, ale
PIERWSZY DODATEK BĘDZIE POWIĄZANY Z HALLOWEEN J
A waszym zadaniem jest
WYMYŚLENIE KOSTIUMÓW DLA:
NIALLA I JEGO DZIEWCZYNY ANETTE J
Ale każdy konkurs powinien mieć nagrodę!
No właśnie :D
NAGRODA:
OSOBA, KTÓRA BĘDZIE MIAŁA NAJLEPSZY POMYSŁ (taki, który spodoba się mi, MGreyback i dodatkowo naszej najmłodszej siostrze) DOSTANIE RYSUNEK POSTACI W KOSTIUMIE Z DODATKU, WYKONANY PRZEZE MNIE (zwycięzca sam będzie mógł wybrać postać do narysowania)

A podobno mam talent xD 



Pomysły piszcie w komentarzach!
PRZYKŁADOWY KOMENTARZ: 
"Niall- zombie, Anette- Śpiąca Królewna" podpisujcie się!- nazwami z twittera, linkami do blogów, nr gg, innymi "rzeczami", żebyśmy mogły ogłosić zwycięzcę! 
ANONIMÓW NIE UZNAJEMY ;) 

wtorek, 13 sierpnia 2013

EPILOG

Nadszedł czas, by w końcu odwiedził przyjaciół. Minęło wiele miesięcy od ostatniego razu, gdy u nich był. Bał się tego spotkania. Bał się tak, jak niewielu rzeczy w swoim życiu. Ale wiedział, że musi to zrobić. Że nie może sobie odpuścić.       
            Liam westchnął zrezygnowany Spuścił wzrok, wbijając go w swoje buty. W rękach trzymał dwa bukiety kwiatów. Ale czy one są w stanie coś zmienić?
            - Tęskniłem za wami… - powiedział niepewnie, ale nikt nie miał zamiaru mu odpowiedzieć. Zamknął oczy i z trudem przełknął ślinę. – Dużo razem przeszliśmy, a jest początek wakacji… Wtedy się poznaliśmy, prawda? – zapytał, jednak ponownie odpowiedziała mu cisza. – Więc stwierdziłem, że to dobra okazja – dokończył i podniósł wzrok. Jego serce biło z trudem. Co zrobił źle?
            Nadal pamiętał, gdy przyjaciele żartobliwie nazywali go „tatą”. Nie przeszkadzało mu to. W końcu był najrozważniejszy… Niczego nie pragnął tak bardzo, jak powrotu tamtych chwil. Jak coś może odchodzić tak szybko?
            Koniec wspólnych wypadów. Wspólnych rozmów. Wzajemnego zrozumienia i dzielenia ze sobą problemów. Kto i gdzie popełnił błąd?
            Był nazywany „tatusiem”. Jakim prawem to ojciec przychodzi na grób dzieci?
            Liam ukucnął i dotknął dłonią zimnego marmuru. Miał przed sobą dwa groby. Oba podwójne. Łzy popłynęły z jego oczu, gdy ostrożnie ułożył pierwszy bukiet na grobie Zayna i Perrie.
            - Byliście idealni… - wyszeptał, przenosząc wzrok na drugą, ciemniejszą mogiłę – Kochałem was – dodał, oddając kolejny bukiet, poświęcony Louisowi i Harremu. – Dlaczego mnie zostawiliście? – załkał, zasłaniając twarz drżącymi dłońmi. Czy było coś, co mogli rozegrać inaczej? Może wtedy nie byłby zmuszony, by stać nad zwłokami przyjaciół, gdy żegnał się z nimi na pogrzebie.
            Zayn i Perrie zginęli w wypadku samochodowym. Razem zatrzaśnięci w śmiertelnej pułapce. Na zawsze razem.
            Z Harrym i Louisem było inaczej. Najpierw Lou zaczął słabnąć. Przestał wychodzić z łóżka. Lekarze byli bezradni. Prosił, by zabierać go na dwór, bo chciał patrzeć na ptaki… Chciał je słyszeć. Często płakał i przepraszał Hazzę za to, że niedługo go zostawi. Czy czuł nadchodzącą śmierć? Styles zapewniał go, że będzie dobrze. Że zawsze będą razem.
            Ale Louis zmarł.
            A Harry kilka dni później udowodnił, że można umrzeć z miłości.
            Było to zaledwie dwa lata po śmierci Zayna i Perrie.
            Teraz mijały trzy lata.
            A wszystko nadal bolało tak samo.
           Liam pamiętał płacz Julii, która była załamana, gdy przekazywano jej wiadomość od Lou. Wiedział, że umrze, więc miał czas, by przygotować po sobie pamiątki. Jej zostawił zdjęcie swoich oczu. Z pozoru nic, ale kiedyś obiecał, że po jego śmierci ona dostanie jego oczy.
            George był tak samo załamany. O ile nie bardziej. Nikt nie może opisać tego, jak wszyscy cierpieli, wykrwawiając się mentalnie z rozdartych serc.
            - Czas na mnie, przyjaciele… - wyszeptał Liam, po czym ostatni raz spojrzał na nagrobki. Gdzieś zaćwierkały ptaki. Uśmiechnął się nikle, bo Louis w ostatnich dniach je pokochał. Przynajmniej tu mu towarzyszyły.
            Podniósł się z trudem, po czym odwrócił. Danielle cierpliwie stała za nim.
            - Wszystko dobrze? – zapytała troskliwie. On skinął głową i podparł się na lasce, podchodząc do niej. Wyciągnął dłoń, by czule dotknąć jej miękkich, siwych włosów.
            - Możemy iść – powiedział, dostrzegając w jej pomarszczonej twarzy miłość. – Dzieci chodźcie. – Dwójka dzieci posłusznie podeszła do nich. Starsza z jego wnuczek wzięła go pod ramię, chcąc ulżyć jego starym kościom.

            - Dziadku, a mógłbyś jeszcze raz opowiedzieć nam o Larrym?
______________________________________
PROSZĘ, JEŚLI DOTARŁAŚ DO TEGO MIEJSCA, POZOSTAW PO SOBIE KOMENTARZ! PRZESZLIŚMY TO RAZEM I BYŁYBYŚMY WDZIĘCZNE ZA POZOSTAWIENIE ŚLADU <3
Nawet jeśli czytasz to rok po zakończeniu, proszę poświęć te kilka minut na napisanie komentarza 
Pewnie nie wszyscy przeczytają dodatki, które będą pojawiać się co tydzień... Dlatego tak zależy nam na komentarzach pod epilogiem <3
Dodatki będą scenami z życia Louisa i Harrego. Na pewno w kilku będą sceny +18!
Trudno będzie nam pożegnać się z tym opowiadaniem. Ale cóż... Jesteśmy Wam wszystkim wdzięczne i naprawdę nie przesadzamy mówiąc, że Was kochamy. Miłość przybiera różne formy, prawda?
No więc... Cóż... Pytania? ask.fm/StylinsonCamp
~Salomea i MGreyback

niedziela, 11 sierpnia 2013

XXXIII

Harry stał przed nim, jakby nigdy nic. Czy wyglądał na skruszonego? Trudno powiedzieć, ale z pewnością był zdenerwowany, o czym świadczyło ciągłe zagryzanie dolnej wargi. Utkwili w sobie spojrzenia, a Louis z trudem powstrzymał agresję, tylko ze względu na Alberta utkwionego w jego ramionach. Nie trwało to więcej niż pół minuty, a jednak, zdawało się, że znajdują się tu od kilku godzin. Nie wiedział, jak się zachować. Nie wiedział, co tak naprawdę czuje w tym momencie. I nie chciał wiedzieć, co jeszcze może się wydarzyć, jeśli sprawy zostaną nieprawidłowo rozegrane.
            - Albert po prostu uparł się, żeby cię zobaczyć… - powiedział Harry, głosem, przez który każdemu zrobiłoby się go żal. Ale nie Louisowi. Skąd miał wiedzieć, czy to nie jest jakaś gra? Jednak Al naprawdę cieszył się, że go zobaczył. I nawet jeśli Tommo tego nie okazywał, był tak samo uradowany. – Niall jutro go odbierze – dodał zielonooki, po czym wziął głęboki wdech. Zdawać się mogło, że wypowiedzenie tych krótkich słów zmęczyło go bardziej, niż lekcje wychowania fizycznego, na których w sumie zwykle nie ćwiczył.
            - Dzięki. Będę wiedział, jak się nim zająć – odparł krótko. Przemawiała przez niego chłodna uprzejmość, która tak naprawdę była tylko wzorcem wyuczonym przez większość społeczeństwa. Postawił chłopca na ziemi, od razu uśmiechając się do niego. Nie chciał, żeby malec kojarzył pobyt u niego z czymś nieprzyjemnym. Właściwie to dlaczego Niall nie poprosił o opiekę jego, zamiast Hazzy?
            - No to… Chyba już pójdę. – Styles zrobił się nagle malutki i w pewnym sensie żałosny, ale zareagował tak, jak Louis to przewidział. Zielonooki pochylił się jeszcze do Alberta i z widocznym trudem wymusił uśmiech – Muszę już iść Albert. LouLou się tobą zajmie – Loczek wyglądał, jakby za chwilę miał upaść na ziemię zalany łzami. I nawet Tommo poczuł powagę sytuacji, spuszczając bezradnie wzrok. Mógł kazać mu tu zostać, ale to kłóciłoby się z jego wcześniejszym zachowaniem. Harry rozłożył ramiona, by objąć malca, ale ten cofnął się, kręcąc głową.
            - Czemu idziesz? Zostań – chłopiec spojrzał w górę. Jego oczy stały się wielkie, jak monety, a sam wyglądał, jakby miał się rozpłakać, jeśli tylko Styles zdecyduje się odejść. Zielonooki pytająco spojrzał na Louisa, a ten westchnął bezradnie. Już teraz nie wiedział, czego chce. Przed chwilą był pewien, że pozostanie tu Harrego byłoby najlepszym rozwiązaniem, ale w tej chwili, gdy było to możliwe, nie potrafił sobie tego wyobrazić. Mimo niezdecydowania wiedział, że musi wybrać to, co będzie najlepsze dla Alberta. Skinął lekko głową, a Loczek zrozumiał ten gest, bo na jego twarzy pojawił się cień p r a w d z i w e g o uśmiechu.
- Żartowałem, zostaję – powiedział, a malec rozpromienił się momentalnie. Tomlinson wpuścił rozradowanego chłopca do domu, po czym ruszył za nim. Czuł za sobą obecność Harrego. Nauczył się jej wyczuwać, gdy spędzali ze sobą tak wiele czasu. Bezużyteczna umiejętność, która może nigdy więcej się mu nie przydać. Nie jeśli nic się nie zmieni.
Nie miał pojęcia, co będzie robił z Albertem i Harrym. Skupiał się na tym, by zachować uśmiech, gdy mały na niego patrzy, ale tak naprawdę nie miał na to zbyt wiele siły. Miał ochotę wrócić do łóżka i ponowić bezcelowy cykl spania i płakania. Ale nie zawsze dostaje się to, czego się chce. I przecież cieszyła go obecność chłopca. Prawda? A może był już tak wypaczony z wszystkich emocji, że pozostał obojętny nawet na jego obecność? Ale przecież gdyby tak było, mógłby powiedzieć Hazzie, że ma go zabrać i się tu nie pokazywać. No może trochę delikatniej.
Jego mama była w domu i to było problemem. Już potrafił wyobrazić sobie niekończące się pytania, wypływające z jej ust jak rzeka z górskiego źródła. Na szczęście teraz ograniczyła się do zdawkowych spojrzeń. Była uprzejma wobec Harrego, chociaż podejrzliwie się mu przyglądała. Za to Alberta po prostu pokochała, no bo jak można inaczej? Nie miała jednak czasu, by zostać i pomóc im w opiece, bo musiała jechać na wywiadówkę. Bez obaw, nie dotyczyła ona jego, a Lottie. Wychodząc rzuciła im trafny pomysł: pieczenie ciastek. Zajęcie korzystne dla wszystkich, Al będzie zaaprobowany tym, a wszyscy inni później najedzą się ciepłych ciasteczek. Po wyjściu Jay zapanowała niezręczna cisza. Siostry Louisa siedziały w swoich pokojach, nie wychylając się nawet po to, by sprawdzić, kto jest ich gościem. W końcu odważył się odezwać Lou.
- Chyba tylko ty potrafisz piec… - stwierdził, kierując słowa do Stylesa. Ten potwierdził skinieniem głowy.
- Nie traćmy czasu – podsumował Loczek, łapiąc w pasie Alberta i podnosząc go. Mały roześmiał się, a Harry ruszył w stronę kuchni. Za nimi wolno dreptał Tomlinson, wyraźnie pozbawiony chęci do czegokolwiek. Wiedział, że w końcu będzie zmuszony do rozmowy, a co najdziwniejsze, chciał, żeby to stało się już. Najlepiej w tej chwili, tak, żeby miał już to z głowy. – Potrzebujemy mąkę, masło, jajka, cukier, mleko i czekoladę – zaczął wymieniać Hazza, wcześniej stawiając chłopca na nogi. Louis stanął przy drzwiach, krzyżując ręce na piersi. Wpatrywał się w przestrzeń przed sobą, zupełnie odcinając się od wszystkiego. Dopiero po chwili zorientował się, że Styles wpatruje się w niego w milczeniu, czekając na jakąś reakcję.
- Co…? – zapytał niebieskooki z dezorientacją w głosie. Zielonooki nadal patrzył na niego wymownie. – Mam ci to wszystko dać? – zrozumiał po chwili. Harry pokiwał głową, unosząc brwi ku górze. – Skąd mam ci to wytrzasnąć? – prychnął Tomlinson, opierając się ramieniem o futrynę.
- To ty tu mieszkasz… - mruknął Loczek, spuszczając wzrok. Chyba żaden z nich nie wierzył w to, że właśnie są w tym samym pomieszczeniu. Harry odwrócił się do niego plecami, po czym podszedł do jednej z szafek i otworzył ją. Powtórzył tą czynność jeszcze kilka razy, aż do momentu, gdy wszystkie składniki znalazły się na stole. Louis niechętnie podszedł do niego i usiadł na krześle. Obok stał Albert, który z ciekawością patrzył na składniki.
- Mam w czymś pomóc? – zapytał, chociaż w ogóle nie miał na to ochoty. Wbił wzrok w blat, czując nagłą falę melancholii, która napłynęła do jego umysłu.
- Poradzimy sobie z Albertem – odparł Styles, uśmiechając się do małego. Ten ucieszył się i zabrał ze stołu metalowy kubek do nakładania mąki. Lou nic nie odpowiedział, słuchając tylko jak Hazza tłumaczy chłopcu, co i w jaki sposób ma zrobić. Każda czynność, którą wykonywał Loczek była dokładnie opisana. A i mały nie oszczędzał na zadawaniu pytań. Tomlinson nie specjalnie się na tym skupiał, ale mimo tego w jego głowie zawitała myśl o tym, że Harry byłby dobrym ojcem. A raczej będzie… Kiedyś.
Kiedyś. Tyle że Louis nie pomoże mu w wychowaniu tego dziecka. Nigdy nie będzie mógł potrzymać tego dziecka, uściskać go z dumą i nazwać go „naszym”. A jednak nie wyobrażał sobie, żeby Harry wychowywał dziecko z kimś innym.
Coś ukuło go w piersi, a do oczu napłynęły łzy. Nagły atak, z którym próbował walczyć, zaskoczył go tak bardzo, że nie był w stanie zatrzymać kropli spływających po jego policzku. Spuścił głowę, nie chcąc, by Styles lub Albert to zauważyli. Najlepszym wyjściem byłoby wyjście, ale wtedy na pewno ktoś spytałby go, gdzie idzie…
- LouLou, coś cię boli…? – usłyszał wysoki głosik, który należał do Alberta. Chłopiec podszedł do niego i przytulił się do jego nóg, a Louis nie miał nawet siły, by na niego spojrzeć.
- Nie, nic mi nie jest Al… - odpowiedział, próbując wymusić uśmiech. Nie udało mu się. Wyciągnął rękę, by pogłaskać chłopca po włosach. – Za chwilę wrócę, dobrze? – powiedział, wstając. Mały odsunął się od niego niepewnie. Wyglądał na zawiedzionego i chociaż ten widok zabolał Tommo, nie mógł zostać w kuchni. Nie wiedział, czy Harry na niego patrzy. Czy zauważył cokolwiek.
Odwrócił się sztywno i z trudem, po czym wyszedł z kuchni. Gdy tylko znalazł się poza widokiem Harrego i Alberta, osunął się na kolana, kuląc się w kłębek. Jego ciałem zaczęły wstrząsać spazmy, a stłumione łkanie wydobyło się z jego ust. Nie wiedział, co nagle się stało. Po prostu był już tym wszystkim zmęczony, chciał, żeby to wszystko się skończyło.
- Louis… - usłyszał cichy głos tuż przed sobą. Nie musiał podnosić głowy, żeby wiedzieć, że to Harry. Nawet nie przestał płakać.
- Próbowałem przestać cię kochać… - wyłkał, starając się, by jego słowa stały się jak najbardziej zrozumiałe. Nie wiedział, jak wyjaśnić to, że każdy dzień bez Harrego był jak nóż wbity w jego serce. Bo przecież to kłóciłoby się z jego zachowaniem… - Ale nie potrafię! – schował twarz w dłoniach, trzęsąc się.
- To dlaczego mnie nie posłuchasz? – głos Hazzy także się załamał. Jego dłonie znalazły się na ramionach Louisa – Przepraszam, przepraszam, że ci nie powiedziałem… Przecież wiesz, że oddałbym wszystko, żebyś był szczęśliwy. Oddałbym wszystko, ale nigdy się nie poddam. – Tomlinson nie mógł się powstrzymać i podniósł głowę. W oczach Stylesa znajdowały się łzy.
- Więc dlaczego mnie oszukałeś? – zapytał niebieskooki drżącym głosem. Harry spuścił wzrok i westchnął bezradnie. Rozmawianie z Lou było czasem gorsze od dyskusji z dzieckiem, ale przecież takiego go pokochał, prawda? Mógł więc wytłumaczyć to jeszcze jeden raz.
- Mówiłem ci… Przecież wiesz, jacy są ludzie. Wiesz, co oni mogliby zrobić Nickowi? To jest mój przyjaciel, a gdyby ktoś nieodpowiedni się o tym dowiedział… On poszedłby do więzienia Louis! Nie chcę tego. Kocham tylko ciebie, ale nie chcę, żeby on został ukarany za coś, za co nie powinien! – Styles uniósł ręce do twarzy, wycierając z niej łzy. Jego oczy stały się czerwone, a on sam zaczął z trudem łapać oddech. – Dlaczego nie możesz tego zrozumieć? – zapytał rozgoryczony, ponownie dotykając ramion chłopaka.
- Ja… Bo przecież ja bym nikomu o tym nie powiedział. Nie mogę uwierzyć w to, że mi nie zaufałeś – Tomlinson odważył się, by spojrzeć mu w oczy. Zacisnął mocno szczękę, by nie rozpłakać się jeszcze bardziej. – Jeśli mamy się kłócić co miesiąc, to jaki to ma sens…?
- Nie wiedziałem, że mogę taki być… Nie znałem tej strony siebie. – Harry wziął głęboki wdech – Ale wiem, że poszedłbym za tobą wszędzie. Znalazłbym cię wszędzie, tylko po to, by móc wrócić z tobą do domu. Bo… Louis, ja nie chcę żyć bez ciebie! – Styles nagle wybuchł płaczem. Zdawał się być małym dzieckiem, które nagle straciło wszystko. Nawet jeśli to był szantaż emocjonalny… Tommo nie wytrzymał i padł w ramiona Hazzy, który zachwiał się i upadł na kolana.
Oboje płakali, mimo tego, że od teraz miało być już tylko dobrze. Ściskali się tak mocno, że mogliby pozostać w tej pozycji już na zawsze. Moczyli sobie nawzajem koszulki, łkając. Nie musieli nic mówić. Rozumieli siebie, ale potrzebowali tego płaczu, musieli pozbyć się tego całego cierpienia, nienawiści do siebie nawzajem. Wszystkiego, co zgromadziło się przez dwadzieścia dwa dni rozłąki. Oddaliby za siebie życia, bo nie potrafiliby żyć oddzielnie.
Wtuleni w siebie klęczeli przez dłuższy czas, zapominając o całym otaczającym świecie. Dopiero dodatkowa para rąk, która włączyła się w uścisk, otrzeźwiła ich. Zdziwieni odsunęli się od siebie odrobinę, ich twarze pokryte były łzami. Spojrzeli na Alberta, który chciał przyłączyć się do przytulania. Louis zaśmiał się cicho, po czym pociągnął nosem i wciągnął malca do uścisku.

_________________________________________________
Ok, więc pamiętajcie, że będzie jeszcze EPILOG. Prosimy o komentarze, bo Epilog jest już napisany i gotowy do dodania :) 40 komentarzy?
Pytania? ask.fm/StylinsonCamp
Szczerze do tego rozdziału nie mogłyśmy się zabrać. Może dlatego wyszedł nienajlepszy, ale cóż. Mam nadzieję, że epilog będzie lepszy.
Dlaczego nie ma LarryPorno w tym rozdziale? Bo nie, nie chciałam tego tu :C
Nie wiem, czy wiecie, że czytając niektóre komentarze płaczemy. 
~MGreyback i Salomea




TO JESZCZE NIE JEST KONIEC


środa, 7 sierpnia 2013

XXXII

Perspektywa Louisa
             Pierwszy dzień po rozstaniu
            Dlaczego Harry mi to zrobił? Jeszcze zbył mnie śmiechem, gdy kiedyś pytałem o Nicka! A teraz… Okazało się, że cały czas mnie okłamywał? I skoro mógł kłamać w tej sprawie, to w innych też. Wszystkie gadki o miłości… Pierdolony Styles Kłamca!
            Nie przestanę płakać, bo nie mam powodu. Siostra pytała, co się stało, ale jak mam jej to wytłumaczyć..?

            Drugi dzień
            Nie poszedłem do szkoły, bo wolałem zostać w łóżku. Ostatniej nocy płakałem tak długo, że prawie straciłem dech w piersi. Jedyne, czego chcę, to wydrapać sobie wnętrzności, bo czuję w sobie tą okropną pustkę. Nawet mama próbuje mnie pocieszyć, bo nie mam siły niczego przed nią ukrywać.
            Chyba skończyły mi się łzy. Teraz tylko kulę się na łóżku, modląc się o sen.

            Trzeci dzień
            Mama mówiła mi, że rozumie, co przechodzę… Ale i tak zmusiła mnie do pójścia do szkoły. Wydaje jej się, że jeśli nie płaczę, to już jest dobrze? Myli się.
            A kogo widziałem w szkole? HARREGO. Myślałem, że się rozpłaczę, jeśli się z nim zetknę, dlatego cały czas chodziłem ze Stanem. Próbowałem zignorować Stylesa, ale za każdym razem czułem, jakby ktoś kopał mnie w pierś…

            Czwarty dzień
            Rozmawiałem z Georgem na Skype i dałem radę wszystko mu wyjaśnić. Tak naprawdę kogo mam oprócz niego? No jeszcze jedna dziewczyna z klasy spytała, czy wszystko jest ok… Powiedziała, że wyglądam, jak zombie. Miło.
            Mógłbym po prostu umrzeć.

            Piąty dzień
            Dzisiaj po szkole nie dałem rady. Szlochałem tak głośno, że mama kilka razy pukała do moich drzwi. Kazałem jej odejść i w końcu, kuląc się na łóżku, zadzwoniłem do Georga. Przez prawie godzinę słuchał mojego bezsensownego jęczenia i użalania się. Później jeszcze napisał na Twitterze, żebym się trzymał.
            Możliwe, że troszeczkę poprawiło mi to humor.
           

            Szósty dzień
            Kilka godzin wpatrywałem się w numer Harrego na wyświetlaczu mojego telefonu. Już prawie zadzwoniłem… I w końcu mój telefon uderzył w ścianę. Przeżył.

            Siódmy dzień
            W szkole nie mogę na niczym się skupić. Myślę tylko o Harrym

            Ósmy dzień
            Nienawidzę Nicka!
Ale przecież to nie do końca jego wina… To Harry mnie okłamał! Dlaczego?

            Dziewiąty dzień
            Julia, ta dziewczyna, znów się o mnie martwiła. Przecież nie mogę jej o wszystkim powiedzieć…
           

            Dziesiąty dzień
            CHCĘ MOJEGO HARREGO! TERAZ!

            Jedenasty dzień
            Byłbym wdzięczny, gdyby coś dużego i ciężkiego spadło mi na głowę…

            Dwunasty dzień
            A gdybym poprosił, żeby mi to wytłumaczył? Czy to coś by dało? Czy mógłbym mu zaufać?
            Chyba za mało śpię, bo zaczynam wymyślać głupoty…


            Trzynasty dzień
            Myślałem, że się przesłyszałem. Później myślałem, że to głupi żart.
            Harry stał pod moim oknem i śpiewał, jak w jakimś jebanym filmie romantycznym, którego i tak nikt nie lubi. Ale jego głos… W co ten jebany kłamca ze mną pogrywa?
            Znalazłem jedno rozwiązanie. Pobiegłem do pokoju siostry i zabrałem jej maskotkę- papugę. Rzuciłem nią w niego. W końcu jego Nick tak kocha papugi.
            Niech się skurwiel domyśla, o co chodzi.


            Czternasty dzień
            Czy on naprawdę jest taki głupi, żeby znowu tu przychodzić?
            Nie wiedziałem, czym w niego rzucić. Byłem zirytowany, więc po prostu kazałem mu się pieprzyć i nie budzić moich sióstr. Nie spały, ale to nie jest ważne…
            Gdy zamknąłem okno, poczułem pustkę.

            Piętnasty dzień
            To już jakaś paranoja! Ok., dwa ostatnie dni mogłem jakoś znieść… Ale ile można? Naprawdę mam tego dosyć. Muszę skupić się na nauce, a on mi tego nie ułatwia!
            Naprawdę byłem zły. Gdy zacząłem na niego krzyczeć i pod wpływem impulsu rzuciłem w niego kubkiem… To wszystko przez to, że byłem zły!
            Ale nie spodziewałem się, że trafię! I to jeszcze w głowę! Ogarnęło mną takie przerażenie, że w pierwszej chwili chciałem wyskoczyć przez okno, żeby do niego podejść. Co jeśli go skrzywdziłem?! Ale on tylko wykorzystał mój strach. Gdy tylko wyszedłem na zewnątrz, on powiedział, że wszystko mi wyjaśni. Idiota… Nie ma czego wyjaśniać.
             Zostawiłem go w miejscu, w którym leżał.

            Szesnasty dzień
            Musiałem coś zrobić, żeby więcej się u mnie nie pojawił. Bo kto wie, co bym wtedy zrobił...? Nie chciałem go słuchać. Napisałem więc sms’a, mówiąc, że ma się u mnie nie pokazywać. Może sms to niezbyt uprzejma wersja, ale nie potrafiłbym do niego podejść…

            Siedemnasty dzień
            Nie było go w szkole… Na pewno go nie było. Zauważyłbym go, nieważne, jak duży jest tłum…
          Brak jego śpiewu po południu był jeszcze gorszy od momentu, gdy powstrzymywałem się, by do niego nie zejść. Co się ze mną dzieje?

            Osiemnasty dzień
            Chyba bardzo powoli zaczynam myśleć o pozbieraniu się… Może nawet mi się uda?

            Dziewiętnasty dzień
            Jednak się nie pozbieram.
            Nie wytrzymałem.
            Poszedłem do niego i zażądałem, żeby wszystko mi wyjaśnił.
            Plątał się w swoich słowach, chciał powiedzieć wiele rzeczy na raz… Ale ja zapamiętałem całą jego wypowiedź. To było całkiem sensowne… Rzeczywiście ludzie mogli uznać Nicka za pedofila. Ale nie ja! Mi mógł powiedzieć!
            Gdy skończył, chciałem coś powiedzieć. Jednak zanim się ocknąłem, byłem w drodze do domu. Kiedy wyszedłem z jego domu?

            Dwudziesty dzień
            Nie wierzę w to, że to zrobiłem. Najzwyczajniej w świecie poszedłem do kina z Julią. Nawet nie wiem, kiedy o wszystkim jej powiedziałem… Ona mnie nie potępiła. Chciała mi pomóc…
            Widziałem ten film milion razy. Ale i tak poczułem się lepiej.

            Dwudziesty pierwszy dzień
            Wczorajszy humor znikł. Moje siostry przestają się uśmiechać, gdy mnie widzą.

            Dwudziesty drugi dzień
            Zanim zrozumiałem, o co chodzi, Albert rzucił mi się w ramiona. Przytuliłem go, ale jedyne, na czym się skupiłem, to Harry. Wpatrywałem się w niego pytająco, błagająco… Powinienem kazać mu się stąd wynosić.

            



__________________________________
Jesteście wspaniali *.* 55 komentarzy to chyba rekord! Jesteśmy z Was dumne xD
Ci, którzy tego nie zrobili niech przeczytają WCZORAJSZY rozdział :)
40 komentarzy = rozdział najpóźniej w niedzielę
Nie zapomnijcie o drugim opowiadaniu
Jeszcze jedno: Ktoś pytał o Ziama. Osobiście nie kocham tej pary, ale po zakończeniu Larrego zakładamy bloga z one-shotami wszelkiego rodzaju (min. Gwiezdne Wojny, Jak poznałem waszą matkę, Harry Potter) i chętnie napiszemy jednego o Ziamie :D
~MGreyback i Salomea